Biała lokomotywa

W codziennej pracy każdemu z nas zdarzają się wyjazdy, o których opowiada się bez końca. Stojąc pod chmurką (często dymu papierosowego nałogowych palaczy) w przerwie między wezwaniami, czasem ze spuszczoną głową, gdy zlecenie zakończyło się wystawieniem „biletu do nieba”, a czasem z wypiętą piersią, gdy iskra ludzkiego życia znów zapłonęła w naszych dłoniach. Jest to sposób na radzenie sobie ze stresem, napięciem emocjonalnym, ale też nauka i poszerzanie horyzontów. Tak spójrzcie na historię, którą opiszę, a której byłem uczestnikiem.

Środek lata, środek nocy, kilka minut po drugiej zostałem zadysponowany do potrącenia młodego człowieka przez pociąg. Do głowy przyszła jedna myśl – nic tam po nas. W 3 minuty byliśmy na miejscu zdarzenia. Ciemny dworzec w ubogiej i mrocznej dzielnicy, na peronie pociąg towarowy, dla którego bieg skończył się w tym miejscu. Jedynym światłem wokół był płomień słów motorniczego: „Jak dzwoniłem jeszcze żył! Szybko, do czoła pociągu!”  Nerwowe poszukiwanie igły w stogu siana, zakończone sukcesem. Informacja od CPR – „Jedzie do was Straż i Erka”.

Człowiek, nie więcej niż 25 lat, cały we krwi, uwięziony pomiędzy kołami jednego z wagonów. Jęczał - to dobry znak – pomyślałem – żyje i może samodzielnie oddychać. Motorniczy zapewniał, że zabezpieczył pociąg i  jesteśmy bezpieczni. Kierowca przygotowywał sprzęt, który zabraliśmy ze sobą. Lekarz próbując „trzymać fason” i na wszelki wypadek oddalił się na drugi koniec peronu. A ja? Od początku z pacjentem, pod ważącym wiele ton wagonem.

Trudny dostęp, brak miejsca by swobodnie unieruchomić głowę poszkodowanego, nikłe światło padające z peronowej latarni... Funkcje życiowe zachowane, parametry wskazywały na rozwijający się wstrząs. Nareszcie pojawiła się Straż – w końcu światło i ku mojemu miłemu zaskoczeniu zza stalowych kół pojawił się strażak, który przejął stabilizację głowy. Tlenoterapia w maksymalnym przepływie, kołnierz ortopedyczny.  Szybkie badanie urazowe ukazało liczne obrażenia głowy, klatki piersiowej i amputowaną lewą nogę na wysokości uda. Słodki zapach krwi roznosił się w powietrzu. W trakcie oczekiwania na sprzęt do wyciagnięcia poszkodowanego postarałem się o dojście i.v., wdrożyłem płynoterapię oraz leki przeciwbólowe.

Poszkodowany zabezpieczony na podbierakach znalazł się w końcu tam, gdzie powinien znajdować się każdy klient PKP – na peronie. Do tej pory akcja, choć trudna, nie była dla mnie straszna. Najgorszym był moment, w którym spod pociągu wyciągnąłem amputowaną nogę poszkodowanego…

Szybki transport na desce ortopedycznej pacjenta do karetki, gdzie było ciepło, widno i dawała lepsze perspektywy zaopatrzenia chorego.  Na szczęście do pomocy przybył znakomity zespół R. W kilka minut młody człowiek znalazł się w szpitalu, a następnie na bloku operacyjnym. W kilka tygodni później wypisany został ze szpitala, wprawdzie bez nogi, lecz żywy i zdrowy. Może następnym razem naprawi swój błąd i wróci do domu… chodnikiem lub taksówką.

 

Ps. Cała akcja trwała około 15 minut, choć czas jakby stanął w miejscu. Nazajutrz w radio i prasie za sprawną akcję podziękowano nieobecnej na miejscu policji:)

Comments are closed.